Data dodania:
Ferdydurke (fragmenty)
Ferdydurke (fragmenty)
Streszczenie szczegółowe
Niepokojące przebudzenie Józia
Parę lat po ukończeniu szkoły trzydziestoletni Józef Kowalski, nazywany familiarnie Józiem, budzi się pewnego wrześniowego poranka w swoim skromnym warszawskim mieszkaniu. Towarzyszy mu rozlazła apatia: czuje, że życie płynie obok niego, a on sam tkwi w nim jak niezgrabny mebel. Wszystko zmienia się, gdy w drzwiach niespodziewanie staje profesor Pimko – drobny, uśmiechnięty pedagog, który za maską łagodności skrywa fanatyczną wiarę w wychowawczą tresurę. Bez zaproszenia przysiada na kanapie, przegląda szyfrowany notatnik i stawia diagnozę: dorosły bohater natychmiast powinien wrócić do szkoły, bo w przeciwnym razie skwaśnieje niczym źle ukwaszone mleko. Józio protestuje, tłumaczy, że ma za sobą edukację oraz doświadczenie życiowe, lecz Pimko widzi w tym jedynie „nieświeżą formę” do przerobienia. Eskalacja absurdu następuje, kiedy profesor zaczyna zapisywać każde westchnienie i każdą drobną reakcję gospodarza, traktując je jak wychowawcze „przypadki kliniczne”. Po tym osobliwym badaniu oświadcza beztrosko, że „pacjent” właśnie dziś zostanie oficjalnie zreformowany, a świat dorosłych i jego przywileje chwilowo muszą się przed potęgą pedagogiki wycofać. Niewidzialne kajdany autorytetu zaciskają się na bohaterze tak skutecznie, że wkrótce, ku własnemu zdumieniu, pozwala się poprowadzić jak dziecko.
Powrót do szkolnej ławy
Nie mija pół godziny, gdy Pimko prowadzi Józia niczym niesfornego pierwszaka przez mury renomowanego gimnazjum, gdzie wciąż wiszą mapy sprzed wielu wojen, a zapach kredy miesza się z ostrą wonią wosku podłogowego. W sekretariacie bohater odbiera legitymację, mundurek i numerowaną tarczę, które natychmiast redukują go do roli chłopca. W klasie czeka go konfrontacja z systemem i rówieśnikami, z których każdy uosabia inny model „uformowania”. Prymus Syfon pyszni się w pierwszej ławce nieskazitelnym kołnierzykiem, Miętus z ostatniego rzędu rzuca pogardliwe spojrzenia, a poczciwy Kopeć nerwowo poprawia prowizoryczne binokle, pragnąc przypodobać się każdemu nauczycielowi. W tłumie uczniów funkcjonuje także grono „łobuzów od łacińskiego”, którzy pod osłoną cytatów z Cycerona planują figle i psikusy, bo każdy akt niesubordynacji musi przybrać pozór uczonego konceptu. Kiedy dzwonek ogłasza przerwę, Józio czuje, jak mieszanka spoconego strachu i dziecinnej ekscytacji wsiąka w mundurek, przywracając mu dawno stłumione szkolne odruchy. W jego głowie lęk miesza się z gorzką ironią: skąd wziąć siłę, by nie stać się ponownie kukłą w rękach tej samej machiny?
Lekcja polskiego i pojedynek na miny
Pierwsza lekcja – język polski – prowadzona jest przez profesora Bladaczkę, który deklamuje sentencję „Słowacki wielkim poetą był” z nabożnym namaszczeniem, oczekując chóralnego echa klasy. Uczniowie wykonują serię wyuczonych grymasów, mających według pedagoga odzwierciedlać wzniosłość romantycznych ideałów, a każdy gest zostaje skorygowany linijką niczym partytura aktorska. Bladaczka dyktuje patetyczne zdania pełne archaizmów, które młodzież powtarza mechanicznie, nie pojmując, co naprawdę znaczą. Józio, zmuszony do uczestnictwa w grotesce, celowo deformuje oblicze – najpierw udaje egzaltację, potem nagły wstręt – przez co jego mina wywołuje ukryty chichot całej klasy. Prymus Syfon czuje się zagrożony i wyzywa go do pojedynku na „miny patriotyczne”. Następuje absurdalna potyczka mimów: Syfon nadyma policzki w geście rzekomego uniesienia, Józio ripostuje bezradną komiczną maską, która – ku zgorszeniu nauczyciela – okazuje się bliższa prawdy o skolonizowanych przez frazesy duszach. Lekcja kończy się fiaskiem wychowawczym, bo zamiast wzniosłości triumfuje śmiech, który obnaża pustkę słów.
Rewolucja Miętusa i „gwałt na gębie”
W korytarzu, gdzie ściany obwieszone są sztandarami i tableau absolwentów, Miętus przedstawia Józiowi plan zburzenia szkolnego porządku. Oznajmia, że „nie chce być upupiony” i że, aby odzyskać wolność, musi „zbratać się z chamem”, czyli połączyć się z plebejską prostotą. Jego bunt jest hałaśliwy, lecz i on posługuje się zestandaryzowanym gestem rewolucjonisty, w którym każde przekleństwo ma wyreżyserowany moment kulminacyjny. Do pełnej manifestacji potrzebuje ofiary: wybór pada na oszczędnego w słowach, wzorowego Zutę. Miętus postanawia dokonać „gwałtu na gębie”, zmuszając chłopca do ordynarnego bluzgu, a tym samym – do porzucenia wzorowej maski. Korytarz pulsuje podnieconym szeptem, gdy buntownik łapie Zutę za krawat i cedzi wulgaryzmy tuż przy jego uchu. Zamiast wyzwolenia pojawia się jednak jeszcze większy lęk: Zuta płacze, Miętus czerwienieje, a Pimko zapisuje wszystko w notesie, dumny z „dowodu niewychowania”. Okazuje się, że rewolucja, wpisana w szkolne mury, również staje się formą, nad którą ktoś inny sprawuje władzę.
Wiktoriański salon nowoczesnej rodziny Młodziaków
Wkrótce potem, na skutek pedagogicznych intryg Pimki, Józio zostaje wysłany do willi państwa Młodziaków – rodziców Zuty. Dom uchodzi w Warszawie za enklawę postępu, jednak za reklamowanym liberalizmem kryje się skrupulatnie reżyserowany spektakl. Salon wypełniają modne francuskie magazyny i katalogi sprzętu sportowego, a na stolikach leżą broszury psychoanalityczne. Pan Młodziak rozprawia o statystykach ruchu rowerowego, Pani Młodziak cytuje Freuda, a Zuta spaceruje w sportowym trykocie, z obojętną miną pozorując emancypacyjne znudzenie. Rodzina celebruje „nowoczesność” z mieszczańską ostrożnością: wszystko musi być jednocześnie wyzwolone i pod kontrolą. Józio, schowany w szafie, obserwuje tę scenę niczym teatrolog i spisuje kolejne gesty: ukłony, modulacje głosu, z góry ustalone pauzy. W pewnym momencie Miętus, zaproszony przez gospodarzy jako „przykład spontanicznego młodzieńca”, zaczyna głośno kpić z ich liberalnych deklaracji. Salonowe maski zaczynają pękać, bo im więcej słów o wolności, tym wyraźniej czuć zakwaszoną pruderię.
Nocne igraszki i kompromitacja postępowości
Kulminacja farsy przypada na bezsenną noc, gdy Józio przez szparę w drzwiach podpatruje, jak Zuta ćwiczy „naturalny” taniec egzotyczny, odliczając kroki z metronomem, by sprawiać wrażenie niewymuszonej gracji. Jednocześnie Pani Młodziak, przekonana o swej dyskrecji, układa w gabinecie quasi-naukowe pouczenie o higienie seksualnej. Nad ranem do willi wpada Miętus z grupą półnagich czeladników stolarza, którzy – widząc bogate wnętrza – zaczynają skandować wulgarne hasła wolnościowe, tłuką kieliszki i skaczą po meblach. Rodzice Zuty, zwykle pewni swej otwartej postawy, bledną i próbują wzywać policję, lecz telefon jest odłączony, bo „naturalność” nie przewiduje tak przyziemnych środków ochrony. Rozpętuje się chaos: Zuta ucieka do łazienki, Miętus próbuje odśpiewać „Międzynarodówkę”, Józio wymyka się przez balkon, Pani Młodziak zasłania wstyd przed służbą, a Pan Młodziak broni porcelany, łkając nad rozbitym dzbankiem. Spektakl postępowości kompromituje się całkowicie – wystarczył dotyk realnego żywiołu, by odsłonić lęk i konwenanse.
Desperacka eskapada na wieś
Nazajutrz, pragnąc uciec od kompromitacji i hałasu stolicy, bohaterowie wyjeżdżają na wieś do wuja Józia – właściciela niewielkiego, lecz zadbanego folwarku pod Bolimowem. Podróż wozem przez piachy i koleiny daje złudne wrażenie cofania się do prostszych czasów, gdzie rządzi cykl przyrody, a nie salonowe schematy. Wuj i ciotka witają gości chłodną uprzejmością: zerkają na zabłocone buty paniczów, poprawiają koloratki i prowadzą do salonu z rodowymi portretami. Miętus początkowo zachwyca się ciszą, lecz szybko odkrywa, że dworskie ceremonie – od porannej kawy po wieczorne pacierze – również składają się z duszących, powtarzalnych gestów. Podczas obiadu bohaterowie z trudem ukrywają konsternację, gdy wuj recytuje łacińskie maksymy o cnocie, a jednocześnie każe służbie pilnować, by podtuczona gęś trafiła wieczorem pod klosz rzeźnicki. Ten rozdźwięk między deklarowaną moralnością a kulisami dworskiego życia wprawia Józia w ponurą wesołość i nakłania go do kolejnego eksperymentu z własną tożsamością.
Parobek i walka o „chłopską gębę”
Po kilku dniach Miętus, doprowadzony do pasji niemożnością prawdziwego braterstwa, wybiera najkrzepszego parobka – cichego, ale nieposkromionego młodzieńca – na przedmiot ostatecznego eksperymentu. Podbiega do niego, obejmuje go za kark i nakazuje, by zwracał się do niego per „ty”, wierząc, że w tym słowie kryje się akt wyzwolenia. Chłop reaguje kpiącym milczeniem, prychając i nie odrywając się od widłowania obornika. Miętus powtarza rozkaz, podnosi głos, wreszcie oferuje pieniądze, lecz parobek spluwa w trawę. Wybucha regularna bójka: Miętus okłada pięściami tors ze słomy, a z kolei upada w błoto, krzycząc, że musi być „zgwałcony” chamstwem, by poczuć się wolnym. Józio próbuje rozdzielić walczących, jednak gesty te – zamiast załagodzić – jeszcze silniej uwydatniają groteskową desperację panicza, który wciąż potrzebuje publiczności dla swego aktu wyzwolenia.
Katastrofa formy i symboliczna ucieczka
Po folwarcznych ekscesach wszystko wydaje się rozbite. Miętus, leżąc z zabandażowanymi żebrami, przyznaje gorzko, że „nie ma ucieczki z formy”, bo każda próba jej zburzenia tworzy nową klatkę, a Józio, wpatrując się w popękane szyby oranżerii, widzi odbicie swojej postaci w szkolnym mundurku – kostiumie, którego nie zdążył zdjąć. Nad stawem palą ognisko; płomienie tańczą, lecz rozmowy milkną, bo nawet słowa zaczynają ciążyć. W ciszy, przetykanej odległym pohukiwaniem sowy, Józio dostrzega w czarnej tafli wody własne odbicie rozmywające się w falach i pojmuje, że nie sposób utrwalić żadnej twarzy – każda rozmywa się w kolejną. Szczególnie dotkliwe okazuje się spostrzeżenie, że nawet krzyk buntu został już wcześniej opisany i włożony w teatralną ramę, która zaczęła gnić od środka. Rankiem wuj dziękuje „kochanym gościom” za wizytę i sugeruje szybki powrót do Warszawy.
Otwarte zakończenie i triumf groteski
Kiedy wreszcie docierają do stolicy, Gombrowicz – odrzucając tradycję realistycznej powieści – przerywa narrację i zwraca się wprost do czytelnika, ogłaszając, że nie zamierza zamykać historii morałem ani klasycznym epilogiem. Józio siedzi w wynajętym pokoiku na poddaszu, spogląda na stertę zeszytów i zastanawia się, czy spisać swoje przygody. Bierze pióro, macza je w kałamarzu, lecz ręka zatrzymuje się w pół gestu – uświadamia sobie, że każde słowo natychmiast stanie się więzieniem, nową „gębą”, którą należałoby znów rozsadzić. Wtedy narrator, igrając z konwencją, dokonuje ostatniego zbliżenia kamery: widzimy, jak pisarz zastępuje pióro ołówkiem stolarskim, kreśli kilka krzywych linii, po czym zrywa kartkę i miota ją w kąt. Ten gest podkreśla, że dzieło – tak jak życie – pozostaje w stanie nieustannego szkicowania, a każda próba domknięcia oznaczałaby zdradę pulsującego chaosu. Opowieść raptownie urywa się „w pół zdania”, pozostawiając czytelnika z gorzką świadomością, że walka z formą nie kończy się nigdy, a groteska triumfuje, bo właśnie w niej pulsuje prawdziwe, nieukształtowane jeszcze istnienie.