Wybierz jeden z kafelków

Data dodania:

Ferdydurke (fragmenty)

Ferdydurke (fragmenty)


Streszczenie

Józef Kowalski, trzydziestoletni literat o zblazowanej duszy, budzi się pewnego wrześniowego ranka w Warszawie i niemal natychmiast pada ofiarą wizyty profesora Pimki, uosobienia opresyjnej pedagogiki. Ten drobny, uśmiechnięty dyktator „formy” diagnozuje, że Józio potrzebuje ponownego „przerobienia” i – niczym hipnotyzer – sprowadza go do roli ucznia. Bohater, sparaliżowany siłą autorytetu, pozwala się powlec do gimnazjum, gdzie czas zatrzymał się w sczerniałych mapach i woni kredy; tam mundurek, tarcza i wpis do dziennika cofają go w dzieciństwo, pokazując, jak łatwo dorośli płyną z prądem narzuconych masek.

W klasie Józio trafia między skrajności: prymusa Syfona – wzór posłusznej „wzniosłości” – oraz Miętusa, buntownika pragnącego „nie być upupionym”. Lekcja polskiego pod batutą profesora Bladaczki przeradza się w pokaz pustych gestów; uczniowie chóralnie recytują „Słowacki wielkim poetą był”, rywalizując na patriotyczne miny, by zadowolić nauczyciela. Śmiech, który wybucha mimo zakazów, ujawnia pustkę szkolnego rytuału i rodzi w Józiu świadomość, że każda oficjalna forma – nawet ta mająca kształcić – działa jak mechaniczna maska zakrywająca żywą twarz.

Po lekcjach Miętus organizuje „rewolucję” na korytarzu: chce dokonać „gwałtu na gębie” Zuty, aby wymusić na wzorowej uczennicy wulgarny akt sprzeciwu. Plan jednak wpisuje się w kolejną teatralną ramę, bo buntownik potrzebuje widowni i scenariusza równie mocno jak system, który zwalcza. Gdy eksperyment topnieje w chaosie, Pimko skrzętnie notuje „symptomy niewychowania”, dowodząc, że nawet nieposłuszeństwo można zaprotokołować i ujarzmić.

Samotny w walce z formą, Józio trafia do willi Młodziaków – rodziny, która pod płaszczykiem liberalnej nowoczesności kryje drobiazgowo wyreżyserowany spektakl postępu. Salonowe rozmowy o psychoanalizie, rowerach i emancypacji stają się dekoracją, w której każdy ruch ma wyglądać naturalnie, lecz jest perfekcyjnie kontrolowany. Widząc Zucie ćwiczącą „spontaniczny” taniec według metronomu, bohater rozumie, że „nowoczesność” bywa tylko kolejną wariacją tego samego gipsowego gorsetu. Najazd Miętusa z grupą robotników obnaża mieszczańską pruderię: wystarcza odrobina realnego żywiołu, by modne fasady pękły.

Spłoszone towarzystwo ucieka na wieś do wuja Józia, wierząc, że w dworskim folwarku znajdzie autentyczność natury. Tam jednak obowiązują inne, równie sztywne ceremonie: łacińskie sentencje, żarliwe pacierze i paradegustacje gęsiny. Miętus próbuje „zbratać się z chamem”, zmuszając parobka, by zwracał się do niego per „ty”, lecz dostaje bolesną nauczkę – chłop odrzuca teatralny gest, a buntownik ląduje w błocie, zrozumiawszy, że nie ma ucieczki z formy: każda próba jej zburzenia natychmiast tworzy następną klatkę.

Kulminacją odkrycia jest noc nad stawem, gdzie w czarnej tafli Józio widzi rozmyte własne odbicie. Pojął, że osobowość to nieustanna walka o kształt, a słowo, które ją opisuje, zaraz staje się kajdanami. Gombrowicz urywa opowieść w pół zdania: narrator rzuca kartkę, triumfuje groteska, a czytelnik zostaje sam z niepokojącą myślą, że życie – podobnie jak „Ferdydurke” – pulsuje w szczelinie między formą a chaosem, gdzie żadna twarz nie może utrzymać się na zawsze.