Wybierz jeden z kafelków

Data dodania:

Profesor Andrews w Warszawie

Profesor Andrews w Warszawie


Streszczenie szczegółowe

Przyjazd Profesora

Profesor James Andrews, uznany brytyjski psycholog kliniczny z King’s College London, ląduje na warszawskim Okęciu późnym popołudniem 12 grudnia 1981 roku – w dniu, który w jego kalendarzu otwiera starannie zaplanowany pobyt w Polsce. Na papierze wygląda on imponująco: inauguracyjny wykład w auli uniwersyteckiej, dwudniowe warsztaty z psychoterapii poznawczej, wizyta w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, wyjazd studyjny do Krakowa i Oświęcimia oraz uroczysta kolacja w Pałacu Prymasowskim. Andrews, ubrany w grafitowy garnitur i wełniany płaszcz, trzyma w ręku skórzaną teczkę z referatem i listą nazwisk, które warto poznać. Na płycie lotniska wita go porywisty wiatr; śnieg, który dopiero co zaczął prószyć nad Warszawą, błyskawicznie zmienia się w śnieżną zadymkę, sklejając włosy i rzęsy grubymi płatkami. Zgodnie z instrukcją ma czekać na przedstawiciela ministerstwa, lecz w sali przylotów widzi jedynie przesypiających noc cinkciarzy i kilka osób trzymających kartki z obco brzmiącymi nazwiskami. Minuta po minucie rośnie w nim wątpliwość, czy ktokolwiek pamięta o jego przyjeździe, a wątpliwość ta niepostrzeżenie przeradza się w niepokój, że perfekcyjnie przygotowany plan za chwilę rozsypie się jak domek z kart. Po pół godzinie nerwowego rozglądania się po hali, Andrews postanawia nie czekać dłużej. Idzie do kantoru, by wymienić kilka funtów na złotówki, lecz kasjerka, zapytana po angielsku, podnosi brwi i odsyła go do okienka z napisem „Exchange closed”. Samotny w obcym kraju, z kończącą się baterią w zegarku elektronicznym, rusza w kierunku oznaczonego symbolami autobusu miejskiego, decydując, że sam odnajdzie hotel i wyśle faks z recepcji do spóźnionych gospodarzy.

Utrata Bagażu i Pierwsze Nieporozumienia

Zaraz po odjeździe autobusu, który trzęsie się na dziurawych szosach wiodących do centrum, profesor orientuje się, że razem z bagażem zniknęły jego notatki, paszport i karta kredytowa – wszystko, czego potrzebuje, by zrealizować plan pobytu. Torba z ubraniami, którą unosi nad głową, wydaje się nagle bezużyteczna w obliczu faktu, że stracił dokument tożsamości. Próbuje zagadnąć współpasażerów, lecz najpierw słyszy tylko „nie razumiju”, a potem nieskoordynowany potok polskich wykrzyknień, z których jedynym rozpoznawalnym słowem jest „Anglik”. Kiedy autobus zatrzymuje się przy Dworcu Centralnym, tłum wyciąga go z pojazdu w porywie szarpnięcia, przerzucając z rąk do rąk jak paczkę. Za brudnymi szybami masywnego gmachu roztacza się widowisko prowizorycznych straganów, milicjantów kierujących ruchem i spóźnionych podróżnych. Profesor, ogłuszony hałasem głośników, próbuje odnaleźć informację turystyczną, lecz okazuje się, że biuro zostało zamknięte „do odwołania”. Chwyta się więc jedynej podpowiedzi, jaką zna – nazwy hotelu „Victoria” – i zaczyna powtarzać ją jak zaklęcie wszystkim, którzy mijają go w korytarzu; w odpowiedzi widzi najczęściej wzruszenie ramion i szybkie odejście. Kilkuminutowy marsz kończy się w maleńkim kiosku „Ruchu”, gdzie kupuje – gestem pokazanym sprzedawczyni – mapę Warszawy sprzed dekady, na której większość ulic nosi imiona rewolucyjnych bohaterów. Obracając papier w rękawiczkach, odnajduje nazwę hotelu, lecz odległość okazuje się znacznie większa, niż przypuszczał, a intensyfikująca się śnieżyca zatrzymuje komunikację tramwajową. W tym momencie dociera do niego, że planowana podróż służbowa zmienia się w turę przetrwania, w której nie chodzi już o naukowy sukces, lecz o odzyskanie podstawowej orientacji w rzeczywistości.

Wędrówka po Nieznanym Mieście

Z dworcem w tyle profesor rusza na piechotę, krocząc wzdłuż Alej Jerozolimskich i licząc na to, że kiedyś natrafi na znajomy znak hotelu. Powietrze jest gęste od spalin, a wszechobecne odblaski śniegu drażnią oczy, sprawiając, że musi co kilka minut przystanąć i przetrzeć szkła okularów. Mija kioski z lukami w szyb, gdzie sprzedaje się niedopałki papierosów, i bary, w których kolejka wychodzi na ulicę, bo w środku brakuje miejsc siedzących. W końcu, przemarznięty do szpiku kości, kieruje się do najbliższego baru mlecznego o nazwie „Słoneczko”. Za zmatowiałą szybą wisi jadłospis wypisany kredą: pierogi ruskie, placki ziemniaczane, kompot z suszu. Andrews, korzystając z improwizowanego języka gestów, zamawia pierogi i zdziwiony konsystencją klusek bez nadzienia wypija ciepły kompot, który przypomina mu letni napój z suszonych owoców sprzedawany w szkockich wioskach. W barze panuje cisza, jakby ludzie bali się odezwać; jedynie radio na półce szumi o „niepokojach społecznych” i prosi obywateli o „zachowanie czujności”. Nagle któryś z gości rzuca żart o „imperialistycznym przybyszu”, przez co wzrok sali kieruje się na brytyjskiego profesora. Andrews wyczuwa w spojrzeniach mieszaninę ciekawości i wrogości, która przypomina mu eksperymenty społeczne, ale teraz nie jest naukowcem-obserwatorem – to on stoi pod mikroskopem zbiorowej uwagi. Po posiłku myśli, że uda mu się znaleźć hotel, lecz noc zapada gwałtownie; zacinający śnieg redukuje uliczne światła do rozmytych plam. Kroki dudnią w pustych podcieniach, a tablice z nazwami ulic okazują się nieczytelne. W labiryncie anonimowych budynków i jednolitych witryn czuje, że miasto pochłania go jak organizm, pozbawiając wszelkich punktów odniesienia i zostawiając jedynie pierwotny impuls, by dotrzeć gdziekolwiek, gdzie jest ciepło i światło.

Szpitalne Przebudzenie

Wychodząc z kolejnego, zamkniętego już o tej porze lokalu, profesor czuje palący ból w okolicy mostka, a przed oczami pojawiają się ciemne plamy. Nie wie, co dzieje się potem – odczuwa jedynie krótkie poczucie spadania i trzask łamanego lodu, gdy policzki uderzają o zalodzony chodnik. Świadomość wraca dopiero w ambulansie; światełko lampy odbija się od metalowych szafek, a sanitariusz mówi do kierowcy po polsku coś o zapaści i wychłodzeniu. Do Szpitala Wolskiego trafia w noc, która zmieni historię Polski. Nad ranem 13 grudnia radio ogłasza wprowadzenie stanu wojennego, a korytarzem niesie się echo wojskowych buciorów. Lekarze, nie mogąc ustalić tożsamości pacjenta, wpisują go do kartoteki jako „NN – język angielski”, zakładają kroplówkę i nakazują obserwację na sali wielołóżkowej. Profesor, otoczony przez staruszków i młodych mężczyzn z odrapanymi twarzami, słyszy z radia nakaz ciszy nocnej i przepis o obowiązku noszenia dokumentów. Paraliżuje go myśl, że nie ma paszportu ani żadnego dowodu, który przekona władze o jego tożsamości, a każde obce słowo może zostać uznane za prowokację. W ciągu kolejnych dni staje się biernym uczestnikiem szpitalnego spektaklu: obserwuje pielęgniarki ubrane w papierowe fartuchy, które przemykają korytarzami z metalowymi tackami, nocą słyszy pokasływania i szepty o „żółtych papierach” pozwalających opuścić oddział. Kiedy sprzeciwia się kolejnemu zastrzykowi, ordynator tłumaczy mu na migi, że „tak trzeba”. W tym przedziwnym zawieszeniu, w którym czas odmierza kapanie kroplówki, a dzień różni się od nocy tylko jasnością jarzeniówek, Andrews zaczyna tracić poczucie realności, jakby naukowe pojęcia świadomości i tożsamości rozpuszczały się w lizolowym powietrzu.

Codzienność w Mieście Stanu Wojennego

Po tygodniu leczenia, gdy szpital potrzebuje łóżek dla kolejnych rannych z ulicznych zamieszek, Andrews zostaje wypisany z lakoniczną adnotacją „stan dobry”. Otrzymuje parę wewnętrznie sprzecznych instrukcji: ma zgłosić się do komisariatu po zgubione dokumenty, a jednocześnie nie oddalać się od miejsca pobytu bez paszportu. Na korytarzu czeka Genowefa Gryniewicz – sanitariuszka, która w czasie nocnych dyżurów nauczyła się od profesora kilku angielskich zwrotów i zdołała wywnioskować, że jest on kimś więcej niż anonimowym włóczęgą. Kobieta, drobna i energiczna, proponuje mu kąt w swoim dwupokojowym mieszkaniu na Pradze, argumentując, że w stanie wojennym hotel i tak nie przyjmie cudzoziemca bez meldunku. Andrews przyjmuje propozycję z ulgą, nie zdając sobie sprawy, że staje się częścią mikrospołeczności, której rytm wyznaczają kartki na cukier, godzinne kolejki po chleb i stukot mundurowych patrolujących klatkę schodową. W mieszkaniu Genowefy poznaje jej nastoletniego syna Kubę, zapalonego fana zespołu The Police, który uważa profesora za żywy słownik angielskiego. Wieczorami uczą się przy kuchennym stole, popijając herbatę z konfiturą i słuchając zagłuszanego przez milicyjne nadajniki Radia Wolna Europa. Codzienność zyskuje nowy wymiar: rano Genowefa wyrusza do pracy, Andrews sprząta mieszkanie i uczy się polskich słówek z etykiet w łazience, a Kuba zdobywa dla nich kartki żywnościowe, wymieniając płyty winylowe na kilogramy cukru. Profesora fascynuje drobiazgowość domowych rytuałów – od kiszenia kapusty w balkonie po wieczorne omawianie z sąsiadkami najnowszych plotek. Paradoksalnie to w ograniczeniach reglamentowanego systemu odnajduje on ciepło relacji, którego nie doświadczał w uporządkowanym życiu brytyjskiego akademika.

Wielkanocne Oświecenie

Kiedy na przełomie marca i kwietnia śnieg ustępuje miejsca roztopom, Genowefa decyduje, że profesor powinien zobaczyć „prawdziwą” Polskę poza granicami stolicy. Pakują skromny bagaż i jadą pociągiem do Jasienicy, gdzie mieszka jej siostra Wanda. Podróż trwa dłużej niż przewiduje rozkład; pociąg co chwilę zatrzymuje się, by przepuścić transporty wojskowe, a w przedziałach pachnie jajkami na twardo i kiełbasą zawiniętą w gazetę. W domu Wandy trwają przygotowania do Wielkanocy: gospodynie farbują jajka w łupinach cebuli, mężczyźni rąbią drewno na ognisko, dzieci plotą palmy z kolorowej bibuły. Profesor, początkowo niepewny, szybko zostaje wciągnięty w rytuał: uczy się dzielić jajkiem podczas śniadania i smarować chleb chrzanem tak ostrym, że łzawią mu oczy. Kulminacją jest nocna liturgia w drewnianym kościółku, podczas której tłum śpiewa pieśń „Surrexit Christus hodie”, a Andrews czuje, jak potężny, archaiczny rytm modlitwy rezonuje z czymś głęboko w jego wnętrzu. Po mszy mieszkańcy przenoszą święconkę do gospodarstw; między kwitnącymi mirabelkami rozpalają ogniska, a w powietrzu unosi się zapach dymu i świeżego chleba. Kuba tłumaczy profesorowi, że według ludowej tradycji każda noc wielkanocna kończy złem minionego roku. Rozgrzany słodkim winem „komunijnym” Andrews patrzy na buchające iskry i w nagłym przebłysku rozumie, że jego wielodniowa tułaczka zyskała nowy sens – jest przejściem przez doświadczenie kruchości, które pozwala na prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Stojąc pomiędzy kobietami w kolorowych chustkach a mężczyznami w wypłowiałych mundurach rezerwistów, profesor po raz pierwszy odkąd przyjechał myśli, że nie chce już wracać do miejsca, które kiedyś nazywał domem.

Interwencja Ambasady

Zaledwie dwa tygodnie po świętach w progu mieszkania przy Targowej staje Geoff Townsend, attaché ambasady brytyjskiej, ubrany w elegancki płaszcz i skórzane rękawiczki, które kontrastują z odrapaną klatką schodową. Przedstawia się po polsku, słabym akcentem dziękuje Genowefie i wręcza profesorowi kopertę opieczętowaną herbem Zjednoczonego Królestwa. W środku znajduje się tymczasowy paszport, list od rektora UW z przeprosinami oraz wykaz numerów alarmowych. Attaché tłumaczy, że ministerstwo spraw zagranicznych interweniowało, gdy BBC podało wzmiankę o zaginionym naukowcu. „Panie profesorze, musimy jak najszybciej pana ewakuować, sytuacja polityczna jest niestabilna” – mówi, prosząc, by spakował rzeczy. Andrews odczuwa gwałtowny konflikt: z jednej strony czeka go powrót do bezpiecznego świata, z drugiej – świadomość, że opuszcza ludzi, którzy przyjęli go bezinteresownie w najtrudniejszym czasie. Wieczorem w mieszkaniu odbywa się pożegnalna kolacja. Genowefa stawia na stole talerz pierogów z grzybami, Kuba kładzie obok kasetę magnetofonową z nagraniem wspólnych lekcji, sąsiadka z parteru przynosi słoik miodu akacjowego. Przy brzęku szklanek z herbatą wszyscy starają się mówić pogodnie, lecz między słowami unosi się nieuchronność rozstania. Attaché milczy, patrząc na zegarek, bo samolot odlatuje o świcie. Nieco po północy profesor wyciąga notes i przekazuje Genowefie adres w Londynie, obiecując, że prześle książki i leki, których tu brakuje. Nad ranem, gdy miasto owija gęsta mgła, ruszają na Okęcie rządową wołgą, którą uzyskano dzięki dyplomatycznemu immunitetowi. Światła uliczne odbijają się w mokrym bruku, a Warszawa po raz pierwszy od miesięcy wydaje się profesorowi naprawdę znajoma, jakby przez tę mgłę odsłaniała swoje prawdziwe oblicze, dopiero teraz rozpoznawalne dla przybysza.

Lot ku Nieznanemu Powrotowi

1 maja 1982 roku ulice Warszawy wypełnia dźwięk orkiestr dętych, a czerwone sztandary powiewają nad głowami maszerujących robotników. Profesor Andrews, odziany w pożyczoną marynarkę i z walizką z darami od Genowefy, przechodzi przez kontrolę paszportową, pokazując nowy, jeszcze pachnący drukarnią dokument. Przed odlotem przygląda się z hali odlotów procesji transparentów i balonów w kształcie gołębi, przywołując w pamięci dźwięk dzwonów wielkanocnych z Jasienicy. W sali VIP czeka na niego Townsend; wspólnie wznoszą ostatni toast herbatą, bo alkoholu w stanie wojennym nie można podawać przed południem. Kiedy głośnik ogłasza boarding do Berlina Zachodniego, profesor zatrzymuje się na moment, by spojrzeć na miasto skryte pod wiosenną mgłą i uświadamia sobie, że opuszcza miejsce, które w niewytłumaczalny sposób stało się jego punktem odniesienia. Siedząc przy oknie w wojskowym samolocie czarterowym, obserwuje, jak płyta lotniska oddala się, a za szybą migają czołgi chroniące terminal. Po starcie patrzy w dół: Wisła błyszczy niczym srebrna nić, Pałac Kultury maleje do rozmiarów pionka szachowego, a miejski labirynt zbiega się w jedną plamę. Profesor wyciąga notes, zapisuje po cichu: „Warszawa – labirynt i lustro”, po czym zamyka oczy w zmęczeniu, które jest raczej poczuciem spełnienia niż porażki. Rozumie, że powrót do Londynu nie będzie prostą kontynuacją dawnego życia: zabiera ze sobą język, kilka prostych polskich słów, zapach domowego chleba i wspomnienie ognia, w którym wypaliło się jego dotychczasowe poczucie wyższości cywilizacyjnej. Nie wie jeszcze, że wkrótce napisze artykuł o terapeutycznym znaczeniu doświadczeń granicznych, w którym opisze Warszawę jako figurę psychicznego cienia, ani że pacjenci, których spotka po powrocie, będą brzmieć w jego uszach głosem Genowefy mówiącej „spokojnie, będzie dobrze”. Choć samolot wznosi się ku chmurom, Andrews czuje, że to, co najważniejsze, pozostaje na ziemi – w cichym mieszkaniu na Pradze, w zakodowanej w sercu melodii polskiej kolędy i w gestach solidarności, których żaden paszport nie potrafi opisać.