Wybierz jeden z kafelków

Data dodania:

Rozdzióbią nas kruki, wrony…

Rozdzióbią nas kruki, wrony…


Streszczenie szczegółowe

Ponury pejzaż po klęsce

Jesienna, nieustannie zalewana deszczem równina tworzy mroczne, niemal martwe tło, pośród którego jedynie błoto, wyjałowione kartofliska i wynędzniałe rżyska świadczą o niedawno zakończonych żniwach. W tej gęstej, lodowatej wilgoci, którą przeszywa przenikliwy wiatr, drobne odgłosy — skrzypienie rozmokłej osi wozu, plusk kopyt w kałużach — wybrzmiewają jak echo ginącego świata. Nad całym krajobrazem unosi się poczucie schyłku i przegranej: powstanie styczniowe dogorywa, a skąpe ślady dawnej nadziei nikną wraz z kolejnymi kroplami deszczu. Słowa modlitw, szarpane nagłymi podmuchami, plączą się z krakaniem ptaków, czekających na to, co niedługo stanie się ich łupem. 

Misja Szymona Winrycha

W samotnym wędrowcu, który od trzech dni nie zna snu, czytelnik rozpoznaje Andrzeja Boryckiego, działającego pod przybranym nazwiskiem Szymon Winrych. Na jego wychudłym ciele wiszą przemokłe łachmany, a buty od dawna pozbawione podeszew ledwie chronią stopy przed ziąbem. Winrych jednak nie myśli o sobie: ciągnie prowizoryczny wóz wypełniony starannie ukrytą bronią — sztucerami, karabinami i pałaszami — przeznaczoną dla ostatniego, walczącego jeszcze oddziału. Konie, wypożyczone od chłopa spod Mławy, są tak samo wyczerpane jak on, lecz posłusznie stawiają kolejne kroki, zahipnotyzowane rytmem zadań, którym trudno odmówić sensu, choć wszyscy wiedzą, że sens ten dawno już został zakwestionowany przez rzeczywistość. Winrych powtarza sobie, że przegrana nie upoważnia do zaniechania obowiązku, dlatego posuwa się naprzód mimo głodu, gorączki i rosyjskich patrolów.

Nieuchronne spotkanie z wojskami carskimi

Kiedy szara fala mgły unosi się nad polami, Winrych dostrzega na horyzoncie regularny ruch przypominający na pierwszy rzut oka sznur chłopskich sań albo stado bydła. Szybko jednak pojmuje, że to sotnia kozaków, której błękitne szlafmyce i połyskujące lance nie pozostawiają złudzeń. Zawraca w popłochu, popychając konie do maksymalnego wysiłku, lecz płaski, odsłonięty teren nie daje mu żadnej osłony. Ośmiu jeźdźców odrywa się od kolumny i w kilku skokach otacza wóz jak wataha wilków. Winrych — między pragnieniem ratowania broni a potrzebą uwolnienia koni — zamiera, świadomy, że nie zdoła uczynić ani jednego, ani drugiego.

Schwytanie i brutalna egzekucja

Carscy żołnierze, odkrywszy ładunek, nie dają posłańcowi cienia szansy. Lanca przebija mu brzuch, druga łamie mostek, a przypadkowy wystrzał trafia konia, który pada, przygniatając Winrycha do ziemi. Na każde pytanie odpowiada twardym „głupiś”, nie zdradzając ani celu podróży, ani nazwisk towarzyszy broni. Rozjuszeni, rozbijają pustą butelkę na jego głowie, a ostrogi rozszarpują mu twarz. Krzyki ofiary giną w plusku błota i w stukocie oddalających się kopyt; żołnierze zabierają część broni i pędzą dalej, posłuszni rozkazom, które gdzieś indziej decydują o kolejnych aktach tej dogasającej insurekcji. Winrych, brocząc krwią, wypowiada ostatnie słowa modlitwy i milknie, a rozbity wóz, martwy koń i spętany towarzysz zwisający z postronka stają się niemym pomnikiem jego determinacji.

Kruki, wrony i umierający koń

Deszcz ustaje dopiero nad ranem. Panująca cisza zostaje przerwana tylko trzepotem skrzydeł i ochrypłym krakaniem: gromada kruków i wron zniża lot, zwabiona zapachem krwi. Ptaki ostrożnie osiadają na rozmokłych deskach wozu, a następnie, nabrawszy śmiałości, przeskakują na trupie ciało powstańca, wydziobując najdelikatniejsze tkanki. Drugi koń wciąż żyje, lecz jego złamana noga — z której sterczy kość — skazuje go na powolną agonię. Zwierzę miota się, rży z bólu, patrzy na ptaki, które już niebawem rozszerzą swe żerowisko. Przyroda okazuje się beznamiętnym dopełnieniem ludzkiej tragedii, kontynuatorką dzieła zniszczenia rozpoczętego przez ludzi.

Chłop z pobliskiej wsi

Po upływie wielu godzin pojawia się ktoś, kto przepędza ptaki: bezimienny chłop, kierowany sprytem i głodem, ale przede wszystkim rządzą łupu. Z nabożnym szeptem kreśli znak krzyża, „żeby nie było grzechu”, a zaraz potem nurkuje w krwawe kałuże, przetrząsając kieszenie zmarłego. Zawiedziony brakiem złota, wdzięczny jest nawet za podarte kapoty i zniszczone obuwie, a przede wszystkim za pozostawioną przez Rosjan amunicję. Z cielęcą cierpliwością zawija pakunki w stare szmaty i dźwiga je ku wiosce, by wkrótce wrócić po więcej.

Handel śmiercią i cierpieniem

Chłop, uzbrojony w prymitywną logikę przetrwania, przyprowadza dwa własne konie, by zabrać wóz. Ranne zwierzę, którego rżenie przeszywa powietrze, staje się przeszkodą wyłącznie praktyczną. Chłop oplata mu szyję liną, próbując zdusić życie w najprostszy możliwy sposób; gdy to zawodzi, decyduje, że „lepiej niech samo zdechnie”. Widok wystającej kości budzi w nim obrzydzenie, ale i oczekiwanie: świeża skóra będzie coś warta, a i mięso okaże się lepsze niż niejeden postny obiad. Przemoc, przed chwilą uczestnicząca w wielkiej, patriotycznej sprawie, teraz sprowadza się do rachunku zysków i strat w rodzinnym gospodarstwie.

Zbezczeszczenie ciał i ostatni groteskowy rytuał

Gdy wieczorne cienie kładą się na polach, chłop powraca, by zdjąć skórę z martwego konia i ukryć ludzkie szczątki w kartoflanym dole zasypanym gliną. Przesypuje zwłoki gałęziami, żeby „diabli ptacy” nie rozniosły ich po okolicy — nie z szacunku, lecz z obawy, że pożarte resztki ściągną psy, których wycie mogłoby zaniepokoić patrol. Nad pracą chłopa, obmytą w czerwono-brązowych strugach, w ciążonym rzężeniem rannego konia, odzywa się triumfalne krakanie, przypominając, że wszystko tu zostanie wkrótce zwrócone ziemi i ptakom.

Ironia losu i echos marnotrawionego zrywu

Nad ranem chłop odchodzi, przyciskając do piersi łupy jak nieoczekiwany dar Opatrzności, a koń — jedyny jeszcze żywy świadek — podryguje na złamanej nodze, stojąc niczym straż przy grobie swego pana. W górze krążą kruki i wrony, cierpliwie czekające, aż nowe mięso stanie się dostępne. Żadna mogiła ani krzyż nie oznaczą miejsca, gdzie poległ Winrych; pozostaną tylko ślady kół w błocie, wybite kopyta i ptasie pióra, świadectwa, że patriotyzm i ofiara potrafią obrócić się w marny nawóz na cudzym polu. W ciszy poranka pobrzmiewa gorzka prawda: kiedy giną ostatni idealistyczni bojownicy, ich losy — wielkie dla historii — rozdziobią kruki, wrony, a niedola ludzkiej chciwości dopełni reszty