Data dodania:
Wesele
Wesele
Streszczenie szczegółowe
Rozświetlone progi Bronowickiej chaty
Wszystko zaczyna się w listopadowy wieczór 1900 roku, gdy para młoda — inteligent Lucjan Rydel i chłopka Jadwiga Mikołajczykówna — wprowadza weselny pochód do wiejskiej izby w Bronowicach pod Krakowem. Ogień w piecu trzaska, a nad stołami uginającymi się od jadła i trunków wiszą girlandy z bibułkowych róż. Przesuwają się stroje krakowskie z pasiastymi zapaskami i pawimi piórami przy czapkach, między którymi mignie surdut literata albo melonik adwokata; ta sceneria od pierwszych zdań wybrzmiewa kontrastem dwóch światów, które przyszły tu świętować wspólne szczęście. Błyskają iskry fajek, skrzypią ławy, krzątanina gospodyń miesza się z przygrywką kapeli. W powietrzu unosi się zapach pieczonej gęsi i grzanego wina, a rozmowy, pokrzyki i śmiechy nakładają się na siebie, jakby wstęp do polifonii głosów, którą wkrótce rozwinie Wyspiański. Już w pierwszych minutach wesela każdy gość zaczyna szukać dla siebie miejsca — dosłownie przy stole i metaforycznie w nowej Polsce, której wizję nosi głęboko w sercu niemal każdy z nich.
Gromada gości, gromada spojrzeń
Izba, choć przestronna, zdaje się za ciasna dla tak wielobarwnego towarzystwa. Przy jednym stole rzeczowo rozprawia się o polityce, przy drugim plotkuje o tegorocznych zbiorach, a w kącie Poeta i Panna Młoda toczą półżartobliwy flirt. Na jednej ławie siadają obok siebie krakowscy mieszczanie, chłopi w kontuszach oraz modernistyczni artyści, a ich ubiory i maniery stają się naturalną scenografią do dialogu społecznych warstw. Widoczny jest podziw inteligencji dla prostoty ludu, lecz i pobłażliwa wyższość, którą chłopi wyczuwają z wprawą. Gospodarz, czyli Włodzimierz Tetmajer, czuwa, by nikt nie poczuł się odtrącony, lecz z każdą chwilą przybywa toastów, a z nimi śmielszych uwag i kąśliwych uwag o tym, kto właściwie „jest panem u siebie”. Obok Pan Młody, urzeczony regionalnym kolorytem, raz za razem powtarza górnolotne frazesy o ludowej duszy Polski, czym wzbudza lekką ironię kolegów z Krakowa. W ciągu zaledwie kilku stron zarysowuje się pełen przekrój społeczny przełomu XIX i XX wieku, jak na żywym obrazie Matejki, tylko w ruchu i z dialogiem.
Pierwsze iskrzenia i splątane rozmowy
W miarę, jak muzyka przyspiesza oberka, napięcia przy stołach gęstnieją. Czepiec, włościanin o rubasznym poczuciu humoru, zuchwale pyta Dziennikarza z Krakowa, czemu prasa nie chce pisać o chłopach, skoro to oni są „siłą wielką”. Żurnalista, zirytowany nachalnością rozmówcy, odpowiada z wyższością, a słowa „niech na nich gwiazdy zgasną” zawisają w powietrzu jak omen. Choć pijatyka wydaje się ciągle wesoła, publicystyczne frazy o narodowych obowiązkach mieszają się z plotkami o romansach i zalotach, a śmiech co chwila zamiera, gdy ktoś dotknie drażliwych spraw chłopskiego głodu ziemi czy klęsk powstań. Charakterystyczne dla „Wesela” przenikanie pozornie błahej rozmowy i ukrytego niepokoju staje się tu motywem przewodnim — niby zwyczajne wesele, a jednak każdy dialog odsłania coś z głębokich polskich kompleksów. Tymczasem Poeta, zapatrzony w ludowe inspiracje modernizmu, kusi Pannę Młodą pięknymi słowami, które jednak połyskują próżnią, gdy ona odpowiada mu prostymi zdaniami o codziennym trudzie.
Głos Czepca i prasa, która milczy
Kolejne toastowe turkoce niosą rozmowę Czepca z Dziennikarzem w rejestry coraz bardziej gwałtowne. „Chłop potęgą jest i basta!” — wykrzykuje Czepiec, klepiąc rozmówcę po ramieniu i domagając się miejsca na łamach gazet dla spraw wsi. Dziennikarz usiłuje zachować fason, lecz szybko wycofuje się pod pretekstem, że „miasto jest zmęczone rewolucjami”. Wywiązuje się scysja, którą łagodzi Gospodarz, sugerując taniec, bo „w tańcu wszystko da się przebaczyć”. Jednak za uśmiechami kryje się wzajemny żal: inteligencja boi się radykalizmu chłopów, a chłopi czują się pomijani przez tych, którzy mówią o Polsce w salonach. Wyspiański ukazuje tu pierwszy większy zgrzyt między mitycznym zbrataniem warstw a trzeźwym rachunkiem interesów, zaledwie przykrytym weselną swadą. Od tej chwili każde kolejne wejście kolejnych postaci nosi w sobie echo tego starcia.
Poeta, eter i ludowa aura
Poeta — w dramacie wzorowany na Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze — przechadza się po izbie z czarnym kapeluszem w dłoni, recytując improwizowane wersy. W jego słowach „chciałbym serce położyć na dłoni chłopa” pobrzmiewa szczere zauroczenie folklorem, lecz w spojrzeniach chłopów pojawia się lekki uśmiech politowania, bo wiedzą, że serce to nie gadżet do salonu. Poeta szybko przechodzi z uniesienia w melancholię i znowu w euforię — aż Panna Młoda prosi go, by „namalował słowem” jej wianek. On snuje wizję kwiatów świecących jak gwiazdy, ale jego monolog zdradza pustkę artystycznych deklaracji oderwanych od rzeczywistości wsi. Mimo to atmosfera zdaje się cieplejsza: muzyka skrzypiec, zapach ciasta drożdżowego i trzask drewna potęgują wrażenie, że świat prawdziwy zaczyna mieszać się z onirycznym — preludium do nadejścia Widm.
Przejście granicy: pierwsze zjawy
Gdy zegar z kogutkiem na ścianie wybija północ, powietrze staje się cięższe jak przed burzą. Złowieszczy cień przesuwa się przy drzwiach i staje przed Dziennikarzem — to Stańczyk, legendarny błazen królewski, który w szyderczym uśmiechu kryje gorzką mądrość o polskich klęskach. Dziennikarz drży, konfrontując swoje współczesne sceptyczne marudzenie z wiekową ironią Stańczyka. O krok dalej Poecie ukazuje się Rycerz z XVI wieku, Zawisza Czarny dramatu, widmo polskiego heroizmu. Naraz Czepiec, pogrążony w tańcu, spostrzega Upiora — Jakuba Szela, przywódcę rzezi galicyjskiej z 1846 roku. Wszystkie te zjawy uosabiają dawne dzieje, które wracają, by rozliczyć współczesnych z niedotrzymanych obietnic. Gdy orkiestra nie przerywa przygrywki, goście zaczynają dostrzegać, że obok realnych tancerzy wirują w kręgu duchy i cienie; sala weselna przeistacza się w metafizyczny teatr sumienia narodowego.
Dialogi z historią: Stańczyk, Rycerz, Upiór
Rozmowa Dziennikarza ze Stańczykiem przybiera formę oskarżenia. Stańczyk pyta: „Gdzie jest wasz ogień, który wiódł ku wolności? Czy zamieniliście go na atrament felietonów?” Dziennikarz broni się, przytaczając realia politycznego marazmu, lecz błazen z trudem skrywa rozczarowanie. Poeta tymczasem słucha Rycerza, który przypomina mu o wielkich czynach i o tym, że „poezja musi zmieniać krew w czyn”. W kącie Czepiec, upiornie blady, słyszy grozę buntu Szeli, który kusi go zemstą na panach. Każde widmo podsuwa swemu rozmówcy symboliczną „zachętę” — Stańczyk przekazuje szablę, Rycerz ryngraf, Szela kosę — by sprawdzić, czy słowa przełożą się na działanie. Goście, choć przerażeni, nie potrafią odrzucić darów, lecz nie wiedzą też, jak je wykorzystać.
Prorok w masce Wernyhory
Kulminacją wizji staje się pojawienie Wernyhory, legendarnego ukraińskiego wieszcza-kozak. Wernyhora zwraca się do Gospodarza słowami o zjednoczeniu narodów i rychłej wolności, wręczając mu złoty róg — magiczny instrument, który ma obudzić Polaków do powstania. Gospodarz drży, przyjmuje róg i jednocześnie czuje ogrom odpowiedzialności. Rozkazuje Woźnemu, Jaśkowi, aby natychmiast objechał okoliczne wsie i zgromadził chłopów pod biało-czerwonymi sztandarami. Woźny, dumny z powierzonej misji, zakłada złoty róg za pas i pędzi w noc. Wyspiański w tej scenie buduje do granic napięcie mesjanistyczne: to chwila, gdy marzenie o zgodzie szlachty, mieszczaństwa i ludu zdaje się na wyciągnięcie ręki. Muzyka cichnie, zebrani nasłuchują turkotu kół wozu, który znika w mroku, a w oczach wszystkich tańczy płomień nadziei podszyty lękiem.
Zguba złotego rogu i chocholi matnia
Na podwórzu gęstnieje mgła, a Jasiek wraca z pustymi rękami, kurczowo ściskając znalezioną po drodze czapkę z pawimi piórami. Złoty róg zaginął; przekonanie o wielkiej misji rozsypuje się jak szkło, gdy Jasiek uświadamia sobie, że zamienił narodowy symbol na błyskotkę próżności. W izbie wzbiera rozpacz, choć nikt nie wznosi głosu protestu. Chata pustoszeje z nadziei, a tymczasem Chochoł — słomiana osłona róży zimującej w ogrodzie — budzi się i zaczyna grać na fujarce nużącą melodię. Jeden po drugim weselnicy popadają w trans, chwytając się za ręce w kręgu, który coraz szybciej wiruje, aż granice ciał i cieni zlewają się w jedną szarą smugę. „Miałeś, chamie, złoty róg...” — ten półszept przechodzi w zbiorowy śpiew zamieniający się w pląs bez końca; chocholi taniec staje się symbolem narodowej niemocy, uwięzienia w powtarzalnym rytmie pustych gestów.
Ostatnie nuty, zamilkłe serca
Gdy wstaje świt, muzyka nagle urywa się, a tańczący stają nieruchomo niczym figury zaskoczone dźwiękiem trąby sądu ostatecznego. Na podłodze leży złamana skrzypka, a w kącie Jaśkowi toczy się spod zaciśniętych palców pióro z pawiej czapki. Poeta, blady, bez słowa kładzie na stole nieużyty ryngraf od Rycerza. Stańczyk znika razem z pierwszym promieniem słońca, zostawiając na ławie szablę pokrytą pajęczyną. Nad tą sceną zawisa cisza cięższa od krzyku — spełnienie marzenia o wspólnym działaniu zostało zaprzepaszczone w momencie próby. W ostatniej kwestii dramatu Chochoł nakazuje grać dalej, bo „trza wziąć w tan naród cały”, a orkiestra posłusznie zaczyna tę samą melodię, choć nikt już się nie porusza. Wyspiański zamyka „Wesele” obrazem sparaliżowanej wspólnoty: ojczyzna, której różne stany społeczne spotkały się u weselnego stołu, nie potrafiła przełożyć słów na czyn, więc pogrąża się w bezruchu, jak zahipnotyzowana przez własny chochoł. I tak, w blasku porannego słońca, wesele staje się gorzkim memento, że najważniejsze bitwy toczą się nie w świetnych deklaracjach, lecz w chwili, gdy trzeba chwycić złoty róg i dmuchnąć w niego bez wahania.